|
Żyję już na tym świecie kilkadobrych lat. Może jeszcze niewiele. Ale na tyle dużo, żeby przeżyć już kilka niedoszłych końców świata. Piszę o tym w odniesieniu do daty kolejnego domniemanego i szeroko komentowanego końca świata, który ma nastąpić już w przyszłym miesiącu bo 21.12.2012 roku. Nie będę jednak w tym momencie zastanawiał się nad prawdziwością proroctwa. Postaram się natomiast zastanowić nad tym, czy mamy się czego bać? Myślę, że odpowiedź na to pytanie zależeć będzie przede wszystkim od tego o jakim końcu świata rozmawiamy? Bo jeśli ma to być zniszczenie życia na Ziemi przez szalejące żywioły, to rzeczywiście trudno doszukiwać się w takiej wizji czegoś pozytywnego. Ale, jeśli będzie to biblijny koniec świata? To czyż nie zgodzicie się ze mną, że Ci którzy go dożyją będą uprzywilejowani? No bo pomyślcie - biblijny koniec świata wiąże się z sądem żywych i umarłych. Podkreślam słowo żywych - oznacza, że prawdopodobnie nie musielibyście umierać! A nawet jeśli, to w obliczu tylu znaków odchodzilibyście w pewności, że jest coś tam, po tej drugiej stronie. Dziś, nawet jak głęboko wierzymy, to nie mamy takiej pewności. Poza tym pomyślcie o wszystkich nieszczęściach jakie prawdopodobnie jeszcze nas czekają (jeśli odejdziemy zwyczajnie - tak jak nasi przodkowie): śmierć bliskich, choroby, starość... Nie jest jednak tak, że widzę w takiej wizji same superlatywy. Oznacza to bowiem również, że nie przeżyłbym zapewne też jeszcze wielu pięknych chwil wzruszeń i radości. | ||
|
Powrót (wszystkie tematy) Strona Główna |
||